Co u PaniMadamme?

Co u Pani, Madamme? #9

Ten wpis nie będzie krótki, bo i nie może być krótki wpis, który powstawał przez osiem miesięcy. Przeplatające się momenty zwątpienia i gigantycznej pracy nie dawały miejsca w głowie na dokończenie go. No ale do brzegu! Przez ostatnie kilka miesięcy działo się u nas niemało!

Aha, jeszcze tylko jedno. Postanowiłem zostawić te fragmenty, które pisałem kilka miesięcy temu, weź więc pod uwagę podczas czytania, że niektóre momenty się nieco przedawniły 😉

Przerwy i koncerty

autorka: Marta Gutowska

Oczywiście, ostatnie kilka miesięcy pod względem koncertowym nie mogły być inne – dużo więcej czekania na pozwolenie niż grania. Myślę, jednak, że wszyscy mamy już skrajnie dość tego tematu, więc napiszę tylko tyle: po zakończeniu trasy „Twarzą w twarz z Madamme” zagraliśmy 4 koncerty na żywo i 3 online. 7 grań przez 8 miesięcy słabo wpisuje się w nasz plan zagrania 50 koncertów w rok, ale jak nie teraz, to w przyszłym roku, co nie? 😉


Zawsze powtarzamy, że podczas przerw najbardziej brakuje nam energii ludzi pod sceną. Teraz jesteśmy już skrajnie wyposzczeni, dwa koncerty zagrane ponad dwa miesiące temu zaspokoiły nasze dzikie rządze tylko na chwilę. Wyobraź sobie sytuację, w której wszyscy lecą na oparach z tylko jedną myślą w głowie – na majówkę wyjeżdżamy koncertować na Mazury. Pierwszy wyjazd busem, wszyscy razem, nie jak wcześniej na dwa samochody. Narastająca euforia. I nagle, kilka dni przed wyjazdem na naszą zespołową konwersację wpada zdjęcie będące toporem zabijającym nasze marzenia o powrocie na scenę. Na zdjęciu kartka papieru a na niej słowa: WYKRYTO RNA WIRUSA SARS-COV-2. Dwójka z nas zarażona (na szczęście objawy były bardzo lekkie). Udało nam się uciekać przed tym przez cały rok niepewności a dopadło nas wtedy, kiedy jesteśmy albo poszczepieni albo zaraz przed szczepieniem. Ot, chichot losu.

Za kilka dni kolejna szansa, miejsce to samo, tym razem na przeszkodzie stoi nam rząd otwierający całą gospodarkę oprócz koncertów. No cóż, najwyżej zrobimy muzyczny występ kabaretowy 😉

Single, single…

źródło: własne

Nie ma koncertów, więc trzeba przypominać o naszym istnieniu w inny sposób. A co może być lepszego od nowej muzyki? Od ostatniego wpisu wydaliśmy trzy single, w tym jeden podwójny.

Na pierwszy ogień poszedł „Pracuś”, żartobliwy utwór, który nagraliśmy podczas spełniania mojego osobistego marzenia. Z twórczością Wojtka Szumańskiego spotkałem się na początku studiów. Im bardziej ambitne rzeczy tworzył, tym większym stawałem się fanem. Tak się zdarzyło, że poznałem go podczas zeszłorocznego Campa Tak Brzmi Miasto. Pewnego dnia zadzwonił do mnie i zaproponował, żebyśmy zagrali z nim podczas jednego z jego live’ów na YouTube. Zaaranżowaliśmy i nauczyliśmy się grać kilka jego kawałków, on zapoznał się z kilkoma naszymi i tak z tego muzykowania wyszło prawie 4 godziny grania, zabawy i interakcji ze słuchaczami. Zagraliśmy wtedy naprawdę sporo naszych kawałków, w tym najnowsze, na czele z „Pracusiem”. Z niego też zrobiliśmy kolejny singiel, który jednak ze względu na specyfikę nagrania okazał się czymś bardziej dla koneserów naszej muzyki niż dla wszystkich słuchaczy 😉
A co do tego marzenia, to kiedy pracowałem w szkole i na zajęciach muzycznych puściłem jeden z utworów Wojtka i opowiedziałem trochę o nim, jedna z uczennic zapytała „Panie Jędrzeju, zagra Pan z nim kiedyś?”. Odpowiedziałem wtedy, że mam taką nadzieję.

Kolejny singiel – „My” powstał podczas jednego z naszych wyjazdów kompozytorskich. Co jakiś czas zamykamy się razem na kilka dni po to, żeby pisać nowe utwory, układać dalszą strategię i zacieśniać wewnątrzzespołowe więzi. Tym razem skupiliśmy się na napisaniu i nagraniu utworu trochę innego w formie, mówiącego jednak o tym, co jest dla nas niezwykle ważne od zawsze – o przyjaźni i tym jak ważni są inni ludzie w naszym życiu. Utwór z miejsca stał się ulubionym Basi i wszedł na stałe do naszej koncertowej setlisty. Widzom spodobało się też wideo do niego, będące zapisem naszych wyjazdowych przygód.

Jakiś czas później wymyśliliśmy nowy sposób na singla – postanowiliśmy, że wydamy go w wersji podwójnej, tak jak w czasach winyli. Do tego zrobimy też fizyczne wersje w postaci kartoników wielkości wizytówek, które będą zawierać kod Spotify do obu utworów, link do strony internetowej z której będzie można pobrać single w wysokiej jakości a także, dzięki modułowi NFC, umożliwią dostanie się do singli przez przyłożenie kartonika do „plecków” telefonu. Jeśli chodzi o utwory, wybór padł na radosne i trochę zbliżone tematyką do „Lepszego Świata” „Śpiewaj”, a także dużo poważniejszego „Marsza”. Tym razem postanowiliśmy przeprowadzić promocję według porad, o których opowiadał Damian Keyes – założyciel i dyrektor The Brighton Institute of Modern Music. Była ona niezwykle czaso- i pracochłonna, jednak dała nam sporo satysfakcji. Szczególnie wspominamy pracę nad trzema różnymi teledyskami. Pierwszy z nich, do „Marsza” powstał przy współpracy z naszymi znajomymi zaangażowanymi w improwizację teatralną. Do alternatywnej wersji tej piosenki zaprosiliśmy naszego znajomego śpiewaka operowego Klaudiusza, a także część folkowego zespołu Oh Bards! Ostatni z nich, czyli wideo do „Śpiewaj!” nagraliśmy już sami, bazując na wspaniałych lokacjach i umiejętnościach aktorskich Kuby 😉

Czy planujemy jeszcze wydawać coś w tym roku? Ależ oczywiście! Jeden z singli jest już nagrany, poszukujemy tylko możliwości pozyskania środków na nagranie naprawdę dobrego wideo. Co do kolejnych utworów, wszystko zależy od tego, czy zdecydujemy się na wejście do studia, żeby zarejestrować materiał na płytę, jeszcze w tym roku.

Nikt nie spodziewał się hiszpańskiej inkwizycji!

źródło: własne

To będzie chyba mój ulubiony fragment tego wpisu. Wyobraźcie sobie taką sytuację: pisze do Was lider zespołu i mówi, żebyście wpadli do niego, bo jest kilka spraw do obgadania. Zgadzacie się, wchodzicie do środka, widzicie rozstawione mikrofony i kamery. Myślicie sobie „a dobra, pewnie robimy live’a zespołowego”. Pytacie o co chodzi, dostajecie odpowiedź, że nie ma teraz czasu, musimy startować, zobaczycie w trakcie. Siadacie za mikrofonami i słyszcie „Cześć, witamy w kolejnym odcinku naszego podcastu Cierpienia Młodego Muzyka”. Error mózgu gwarantowany.

Zrobiliśmy zespołowi małego psikusa, a było to związane z naszą (Jędrka i Miłosza) pandemiczną zajawką. Otóż w lutym 2020 roku rozpoczęliśmy nagrywanie podcastu, traktującego o biznesie muzycznym a skierowanego dla młodych muzyków. Skąd taki pomysł? Praktycznie od samego początku naszej bytności na polskiej scenie mamy problem z dostępem do informacji. Prowadzenie zespołu bez podstawowej wiedzy to droga przez mękę a wiedza ta jest dostępna tylko w języku angielskim i często zupełnie nieprzystosowana do naszych realiów. No dobra, ale dlaczego zespół nie wiedział o podcaście? Ano dlatego, że do 50 odcinka prowadziliśmy go zupełnie incognito. Do teraz często słyszymy od słuchaczy, że to był świetny ruch 😉

Jeśli jesteś zainteresowany tym, co tworzymy, zapraszamy na stronę https://cierpieniamlodegomuzyka.pl a także do znalezienia naszego podcastu na Spotify, Apple podcasts, Google podcasts i innych platformach podcastowych 🙂

Kraina jezior na nas czekała

Do samego końca towarzyszyła nam wielka niepewność, ale w końcu udało się. Koncerty o których wspominam w pierwszym akapicie doszły do skutku. Ze względu na blokadę jakichkolwiek koncertów, jeszcze tydzień przed wyjazdem do Rydzewa, jechaliśmy tylko na jedno granie. Ale przecież to nie pierwszy raz, cały poprzedni sezon klepaliśmy koncerty z kilkudniowym wyprzedzeniem, dlaczego nie miałoby się udać i tym razem?

Szybka wiadomość do Michała, z którym graliśmy na jednej rydzewskiej scenie w zeszłym roku. On prosi o telefon 10 minut później i mówi, że nie tylko może nam polecić jakieś miejsce, ale już nam nawet klepnął granie 🙂 To się nazywa współpraca muzyczna! Dogadujemy szczegóły z właścicielem lokalu i właśnie tam, w giżyckich Puzzlach Smaku rozpoczynamy drugą odsłonę naszej nietypowej trasy, czyli „Twarzą w twarz z Madamme vol. 2”. Grania w restauracjach są bardzo nietypowe. Publiczność nie przychodzi tam po to, żeby Cię posłuchać, ale żeby zjeść i pogadać. Zadaniem muzyka jest porwać swoją muzyką tak bardzo, żeby ludzie zmienili plany, odłożyli sztućce i znaleźli się na zaimprowizowanej sali koncertowej, a nie przy stoliku na którym czeka na nich schabowy. Udało nam się to, od drugiego utworu ludzie znaleźli się w innej rzeczywistości. Uczucie było niesamowite. Pod koniec koncertu przychodzi do nas właściciel lokalu i prosi, żebyśmy jeszcze trochę pograli, bo tak bardzo mu się to podoba. Nie trzeba nas namawiać, dokładamy szybko kilka bisów i kończymy koncert z niemałą satysfakcją.

Po koncercie wracamy do Tła dla mew, które jest naszą bazą. Siadamy przy ognisku razem z innymi, rozluźniamy się. W nocy dostajemy smsa od Kuby, właściciela Puzzli. Pisze w nim, że ma jeszcze jeden lokal i bardzo chciałby zorganizować tam nasz koncert pojutrze. Mamy wolne, więc oczywiście od razu się zgadzamy. Koncert, który zagramy za dwa dni jest niemniej dla nas miły, ludzie słuchają domagają się bisów. Do tego załapujemy się na pyszny obiad a wszystko filmuje nasza przyjaciółka Laura, która, choć dość przypadkowo, została naszą dokumentalistką podczas tego wyjazdu. Kluczowy punkt tego wyjazdu miał jednak miejsce pomiędzy tymi koncertami.

Koncertowy powrót do Tła, które jest dla nas miejscem absolutnie magicznym, był dla nas czymś niezwykłym i bardzo wyczekiwanym. Czekaliśmy na tę atmosferę, publiczność, ogólne podsceniczne szaleństwo. Nie zawiedliśmy się ani trochę. Nasz koncert, zgodnie ze zwyczajem „gramy póki chcecie nas słuchać” dobił do absotutnie szalonego poziomu 14 bisów. Niezwykłym momentem było wykonanie przez nas po raz pierwszy na żywo utworu „Tło dla mew”, który to stał się swoistym hymnem tego miejsca. No i te pokoncertowe rozmowy, piwo z hyczką, uśmiechy ludzi. Coś wspaniałego.

Błysk normalności i spełnione marzenie

autor: ENEN studio

Kilka kolejnych tygodni spędziliśmy poza koncertami. Kacperek wyjechał z rodziną na wakacje, Basia na warsztaty, Romper pracował, nasi Cierpiętnicy partnerowali festiwalowi Wrocław. W końcu jednak nadszedł czas na powrót i od razu petardę, która rozgrzewała nas do czerwoności już od dawna. Po trzech latach starań mieliśmy zagrać na Slot Arcie i to od razu na głównej scenie.

W tym roku festiwal odbywał się oczywiście w mocno okrojonej formie. 1000 osób, zamiast kilku-kilkunastu tysięcy, tylko dwie sceny, generalnie dużo mniejszy rozmach. Nie było też szału jeśli chodzi o sferę muzyczno-organizacyjną. Organizatorzy od początku utrzymywali, że nie mają żadnych funduszy i oferowali zespołom właściwie tylko kilka chwil na scenie, kawę i herbatę. Ale to w końcu Slot, prawda? Publiczność tego festiwalu jest już legendarna.

Przyjeżdżamy na miejsce, zaczyna się chmurzyć. Nic to jednak, organizatorzy utrzymują, że nie będzie padać. Rozkładamy namioty, podjeżdżamy busem ze sprzętem pod scenę. Kiedy przychodzi nasza kolej wnosimy sprzęt i rozpoczynamy próbę dźwięku. Wszystko idzie bardzo sprawnie, technika działa naprawdę profesjonalnie. Kończymy próbę dość szybko, schodzimy ze sceny i, z racji, że będziemy otwierać ten dzień koncertowy, czekamy na godzinę startu koncertu. Na 5 minut przed zaczyna padać. Pod sceną nie ma nikogo. Szybka rozmowa i przypomnienie sobie najważniejszej prawdy – nawet jeśli spodobamy się jednej osobie, sprawimy, że coś zostanie w jej sercu – było warto tu przyjechać. Wchodzimy na scenę, pojawia się kilkuosobowa grupka festiwalowiczów. Zaczynamy koncert. Po pierwszym kawałku jest już kilkadziesiąt osób i ciągle przybywają nowe. W końcu liczba dobija do blisko setki bawiących się, tańczących i krzyczących pomimo deszczu osób. Odbiór jest niesamowity. Kończymy ostatni utwór i… sensacja, mimo przekroczenia czasu dostajemy zgodę na bis! Wielka chwila w historii naszego zespołu, mimo tego, że w trakcie bisu zaczęło mi już kapać na głowę a woda zaczęła dopływać do odsłuchów. Koncert zespołu po nas był przerywany ze względu na nawałnicę, kolejne już się nie odbyły. Miejmy nadzieję, że będziemy mieli szansę zagrać tam jeszcze w kompletnie innych warunkach pogodowych 😉

Kolejny dzień przynosi nam granie będące esencją spontaniczności – jedziemy do Szklarskiej Poręby po telefonie dzień wcześniej. Przyjeżdżamy do restauracji, z której właścicielem rozmawiał Kacperek i zaczynamy dogadywać szczegóły występu. Dobrze, dogadaliśmy się, problem jednak cały czas jest z pogodą. Decydujemy, że jeśli tylko nie zacznie nam padać na sprzęt – zagramy ten koncert. Od początku właściciel i obsługa lokalu są bardzo pomocni, widać, że zależy im, żebyśmy dobrze się u nich czuli i zagrali najlepszy możliwy koncert. W czasie grania dwa razy przechodzi ulewa, na szczęście jednak, dzięki dużym parasolom rozstawionym na ogródku restauracyjnym, udaje nam się zagrać cały koncert. Odbiór znowu jest bardzo dobry, rozmawiamy później z ludźmi, którzy przez przypadek trafili na nas a już godzinę później zostali naszymi fanami.

A co dalej? Na tę chwilę mamy do zagrania koncerty na Mazurach, w Białymstoku, w okolicach Szczecina, w Polanicy, pod Warszawą, czy we Wrocławiu, planujemy też trasę po ścianie wschodniej, chcielibyśmy zajrzeć też do Krakowa. Czy to się uda? Śledź nas na różnych mediach, przychodź na naszej koncerty i przekonaj się sam!

Lubisz nasz zespół?
Zapisz się na nasz newsletter, aby otrzymywać informację o tym, co się u nas dzieje 🙂
Zgadzam się na przesłanie i magazynowanie moich danych przez zespół Madamme na platformie MailChimp ( more information )

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *