Co u PaniMadamme?

Co u Pani, Madamme? #8

Tak bardzo miałem nadzieję po ostatnim wpisie, że będę mógł to niedługo napisać! A więc, uwaga, Co u Pani, Madamme? Otóż, długo się nie odzywałem, bo bardzo dużo się u nas dzieje! Przez 4 miesiące, które minęły od ostatniego wpisu zrobiliśmy naprawdę kilka wielkich kroków do przodu. Jakie to były kroki? O tym niżej!

Przygotowania

Początek czerwca, czyli czas zaraz po napisaniu ostatniego odcinka stał pod znakiem coraz większego entuzjazmu związanego z luzowaniem obostrzeń. Świat wracał coraz bardziej do zwykłego trybu działania, czego nie można było powiedzieć o branży muzycznej. Rząd zgodnie stwierdził, że koncerty są dużo większym zagrożeniem dla naszego życia i zdrowia niż upchanie ludzi jak sardynek w kościele, czy zabawa na weselach, więc zablokował wszelkie możliwości organizacji średnich i dużych koncertów. Strasznie współczujemy szczególnie ludziom z branży obsługi technicznej koncertów, którzy praktycznie na pół roku stracili źródło utrzymania, jednakże dla nas było to szansą. Podczas gdy 90% branży lamentowało nad swoim strasznym losem my opracowywaliśmy strategię grania w przyszłych miesiącach. Naszą największą przewagą nad innymi zespołami jest to, że potrzebujemy naprawdę niewiele sprzętu, żeby dobrze zabrzmieć, co więcej cały potrzebny sprzęt posiadamy. Niemniej ważne jest też to, że jesteśmy w stanie w taki sposób złożyć cały nasz zestaw sprzętowy, że możemy zagrać bez dostępu do zewnętrznych źródeł prądu. Na tym więc postanowiliśmy oprzeć nasz plan – koncerty w miejscach nietypowych, nieoczywistych i, co niezwykle ważne dla organizatora, niegenerujące dodatkowych kosztów w postaci wynajmu sprzętu, czy zatrudnienia akustyka.
Pozostało tylko przetestować sprzęt w praktyce. Co może się do tego lepiej nadawać niż zagranie na rynku we Wrocławiu? Już wcześniej dokładnie zbadaliśmy temat od strony prawnej – nie wygląda to najlepiej, zostały wstrzymane zgody na prezentacje artystyczne a do tego jeszcze zabójczy dla buskerów (ludzi prezentujących swoją twórczość na ulicy) art. 156 Prawa o Ochronie Przyrody, który to zakazuje używania jakiegokolwiek nagłośnienia w miejscu publicznym. Postanowiliśmy jednak zaryzykować, stwierdziliśmy, że nawet jeżeli uda się zagrać tylko 3 kawałki na nagłośnieniu przed tym, jak zostaniemy przepędzeni przez straż miejską – będzie warto. Pierwsze podejście zakończyło się fiaskiem – zła pogoda, trzeba odwołać całą akcję. Odwołać? Mając Miłosza w zespole? Nie ma mowy! Szybkie telefony, propozycje i zamiast streeta na rynku, koncert w Nietocie, załatwiony 3 godziny przed startem. To się nazywa skuteczność!
Kolejne podejście już się udało i w tym przypadku w ogóle się nie pomyliliśmy – straż miejska zawitała do nas w trakcie 3 utworu i grzecznie zaproponowała pójście do domu albo 500 zł mandatu i pójście do domu. Udało się umówić, że skończymy koncert już bez używania sprzętu, czym zaskarbiliśmy sobie sympatię słuchającej nas publiczności. Kolejny występ na plus!
Spróbowaliśmy jeszcze raz, w innym miejscu, tutaj udało się zagrać koncert w zminimalizowanej wersji instrumentalnej, ale od początku do końca. Niestety lokalizacja sprawiła, że publiczność była sporo mniej liczna niż podczas pierwszego występu.
W międzyczasie zagraliśmy też bardzo niespodziewany koncert – nasz znajomy zaprosił nas na swoją imprezę urodzinową, która przekształciła się w koncert i to koncert nie byle jaki! Nie mógł z nami jechać nasz Kacperek, jego miejsce w trakcie koncertu zajął więc Paweł z zespołu Żniwa, znanego już Ci z występu na naszej płycie. No a skoro mieliśmy dostępną też Lidkę, stanowiącą drugą połowę tego duetu wystąpiliśmy w sześcioosobowym składzie. Wszyscy będący świadkami tego wydarzenia, zarówno grający jak i słuchający czuli magię płynącą z tej kooperacji. Nigdy w życiu nie spodziewałem się, że można zagrać godzinny koncert bez żadnej próby z ludźmi, którzy znają tylko jeden nasz kawałek! Niesamowite przeżycie.
Na tym zakończył się nasz etap przygotowań. Była połowa lipca a my ruszyliśmy w pierwszą w tym roku część trasy, którą nazwaliśmy „Twarzą w twarz z Madamme”.

Nowe miejsca, nowi ludzie, nowa energia

Pierwszą z naszych destynacji były Mazury. Jeden koncert klepnięty prawie rok wcześniej, do tego 3 koncerty klepnięte właściwie na bieżąco. Na pierwszy ogień poszło niesamowite Tło dla mew w Rydzewie. Niezwykli, zakochani w muzyce i wspólnych przeżyciach właściciele, fantastyczna publika i 10 (!) bisów – najwięcej w naszej karierze. Czego chcieć więcej?
Następny dzień był niezwykle pracowity – dwa koncerty, prawie 250 km, dużo składania, rozkładania i największy sojusznik – nasz wzmocniony wózek na sprzęt przerobiony przez Miłosza. Każdy koncert na naszej trasie jest niezwykły, nie inaczej było też i tym razem. Najpierw street koło molo w Mrągowie – upał i godzina obiadowa co spowodowało, że publiczność nie była szczególnie liczna, ale widok ludzi, którzy idą na spacer, przystają słysząc Twoją muzykę i zostają na kolejną godzinę w prażącym słońcu to coś, czego nie da się opisać.
Drugą część tego dnia stanowił koncert w Termach Lidzbarskich. Tutaj niestety niedopilnowanie spraw promocyjnych z naszej strony spowodowało, że mieliśmy w szczytowym momencie jedynie kilkunastoosobową publiczność, co jednak sprawiło, że można było prowadzić z nimi dialog. Ma to sporo uroku. Mieliśmy wieczorem jeszcze zaproszenie do zagrania jeszcze jednego niezobowiązującego występu w Rydzewie, ale zmęczenie wzięło niestety górę.
Niedziela to koncert w Tawernie DezeTa w Wilkasach. Ludzie, którzy przyszli specjalnie, żeby nas posłuchać (Ewa, czapki z głów przed Tobą!), świetna energia, niestety zaprzepaszczona przez kompletnie pijanego dżentelmena, który skutecznie wygonił nam prawie całą publiczność. No cóż, zdarza się i tak, nie zmienia to jednak faktu, że i po tym koncercie zdobyliśmy nowych fanów 🙂

Ściana wschodnia – proszę bardzo!

Kolejne półtora miesiąca z różnych względów (choć przeważały względy wakacyjne) nie były aż tak obfitujące w koncerty, jak wcześniejsze. Zagraliśmy w tym czasie tylko jeden, przedziwny koncert. Jak inaczej nazwać koncert „Nie dla koronawirusa” odbywający się w dokładnie tym samym miejscu i czasie gdzie miał odbyć się nasz regularny koncert, na który jednak nie dostaliśmy zgody ze względu na… koronawirusa. Tak czy inaczej, koncert był bardzo udany, mieliśmy bardzo dużą publiczność, do tego po raz pierwszy robiliśmy też live’a z naszego koncertu na Facebooku.
Na kolejną część naszej trasy musieliśmy trochę poczekać, ale naprawdę było warto!
Bardzo dużą część ostatnich miesięcy spędziłem na różnych aktywnościach, podczas których uczyłem się wielu aspektów z zakresu prowadzenia zespołu muzycznego. Poznałem tam masę wspaniałych ludzi, o czym napiszę w dalszej części tego wpisu. Jedną z tych osób był Kuba, który tydzień temu zorganizował nam koncert w Rzeszowie. Ale zacznijmy od początku.
Weekend był niezwykle aktywny. W piątek wyjazd o 6:00, o 13:00 próba w salce Kuby w Rzeszowie (nie graliśmy razem od miesiąca, wypadało chociaż przegrać seta przed koncertami ;)). Później przejazd do Przemyśla i tam zupełnie magiczny wieczorny koncert. Ok. 100 osób pod sceną, trzy razy tyle dookoła. Zgubiony mikrofon, trzy zerwane w trakcie koncertu struny, aranżowanie na żywo utworów na wersje bez gitary. Pijany krzykacz pod sceną, łapiący mnie za ramiona w trakcie grania utworu. Dziewczyna mówiąca, że przez przypadek trafiła na nas na YouTube’ie, jest naszą fanką, więc kiedy się dowiedziała, że gramy w Przemyślu zapakowała całą rodzinę do samochodu i przyjechała. Wiele rozmów pokoncertowych. Wyczyszczona nasza walizka z płytami. Po prostu magia.
Nie inaczej było kolejnego dnia w Rzeszowie. Kuba od początku fantastycznie się nami zaopiekował. Wypożyczył nam brakujący sprzęt, wszystko było świetnie przygotowane. Na samym koncercie, chyba po raz pierwszy pod samą sceną mieliśmy ludzi, którzy przyszli na nasz koncert, bo zobaczyli naszą reklamę, plakaty, usłyszeli o naszym koncercie w radio, czy przeczytali w gazecie. To niesamowite gdy widzisz po koncercie kilkunastoosobową kolejkę czekającą na autografy na swoich egzemplarzach „Tadamm!”.

Jak brzmi miasto? Właśnie tak!

Nie sposób nie powiedzieć tutaj o chyba najważniejszej rzeczy, która wydarzyła się w te wakacje. Dostałem się (ja, Jędrek ;)) do programu wsparcia dla samozarządzających się muzyków i zespołów o nazwie Tak brzmi miasto Inkubator. Od trzech miesięcy chłoniemy wiedzę od największych menadżerów, producentów i organizatorów w branży. Nasza, wrocławska, grupa ma niesamowitego opiekuna – to legenda branży, Leszek Biolik, niezwykle uznany producent muzyczny a w przeszłości basista Republiki, Obywatela G.C., czy różnych projektów Roberta Gawlińskiego.
To wszystko jest nie do opisania, jestem niesamowicie wdzięczny, że mogę w tym uczestniczyć, ale jednak największą bombą był Summer Camp, czyli część projektu, która trwała przez 10 dni w Krakowie. Zobaczyłem tam coś, czego istnienia nie byłem świadomy. Muszę tutaj przytoczyć słowa napisane przez Michała, organizatora tego niesamowitego projektu, zaraz po zakończeniu Campa:

Plotki głoszą, że gdzieś tam jest jakaś groźna, mroczna branża, której należy się wystrzegać, ale szczerze – nigdy tam nie byłem. Dla mnie „branża” to wyżej wymienieni (prowadzący warsztaty ), którzy bez wyjątku są cudownymi, dobrymi ludźmi. Dla mnie „branża” to również Wy – którzy jesteście na tych wszystkich zdjęciach (uczestnicy).

To było 10 dni przebywania w lepszym świecie, świecie, którego cząstka już na zawsze zostanie w sercach nas wszystkich. Nauczyliśmy się przez ten czas niewyobrażalnej ilości rzeczy (rekordowy dzień wyglądał tak, że przyszliśmy na zajęcia o 10:00 a wyszliśmy… o 2:00), ale przede wszystkim zobaczyliśmy, że w dzisiejszym świecie pełnym podziałów, my nie musimy być podzieleni. My możemy działać razem i zmieniać nasze otoczenie i branżę. My możemy odnieść sukces, trafiać do ludzkich serc i zostawać tam na długo.

Podczas Campa poznałem niesamowicie zdolnych ludzi. Ludzi, którzy wskoczyli natychmiast do grona moich ulubionych artystów. Z pewnością jeszcze nieraz o nich usłyszycie, od jakiegoś czasu możecie też poznać ich dzięki naszym #piosenkiczwartkowe i #obozoweopowiesci. W tym miejscu chciałbym Ci jednak polecić 3 pozycje do sprawdzenia już teraz:

Iggy Not Pop – wspaniały człowiek, niemniej wspaniały raper. Tworzy coś zupełnie innego, niż to, czego można posłuchać w rapowym mainstreamie, choćby dlatego warto posłuchać!

Iggy Not Pop o płycie Powiedz mi coś więcej - wywiad

Cinemon – krakowski raw popowy zespół, w którym grają organizatorzy TBM. Na pewno nie znam się na tego rodzaju muzyce, ale uważam, że mają swój charakterystyczny styl. 30.09 wychodzi ich najnowszy kawałek. Do tego jak groźny Tomek na zdjęciu poniżej nie namówi Cię do sprawdzenia, to ja już nic nie rozumiem…

Cinemon

Asia Nawojska – poznanie Asi było najważniejszym co wydarzyło się dla mojej wrażliwości muzycznej w ostatnim czasie. Ciężko cokolwiek napisać, po prostu koniecznie posłuchaj!

A co dalej?

O tym co dalej oczywiście będziemy informować. Póki co, gramy dzisiaj koncert, więc lecę się przygotować! Pamiętaj, że możesz sprawdzić nasze koncerty w zakładce Koncerty

Dzięki, że to czytasz. Trzymaj się!

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *