Madamme?

Co u Pani, Madamme? #1

Pierwszy wielki kryzys
Często nie wiadomo od czego zacząć. Mówi, się, że najlepiej od samego początku. Ja jednak podjąłem decyzję o złamaniu tej zasady. Jeśli interesuje Cię jak się poznaliśmy i jak zaczęliśmy grać posłuchaj/poczytaj wywiadów z nami albo po prostu zagadaj do nas, kiedy spotkasz nas na ulicy. Dzisiaj chciałbym Ci opowiedzieć o dotychczas najbardziej niespodziewanym momencie w naszej krótkiej muzycznej karierze.

Rok 2017 zakończyliśmy pod znakiem wielkich planów i związanych z nimi wielkich oczekiwań. Poznaliśmy podstawy działań z zespołem na tyle, żeby opracować swoją strategię i krok po kroku ją realizować. Postanowiliśmy zacząć działać z przytupem, jak najwięcej koncertować i dać się poznać jak najszerszej publiczności. Miłosz, nasz basista, który zajmuje się u nas bookingiem koncertów, działał jakby nic innego w życiu nie robił – załatwił mnóstwo grania i to nie tylko we Wrocławiu i najbliższych okolicach, ale też w Krakowie czy Warszawie. Kulminacyjnym momentem miało być zagranie na początku marca 11 koncertów w 21 dni. Cieszyliśmy się na to jak dzieci. Uczucie tego, że właśnie spełniają się twoje marzenia jest nie do opisania. Po drodze mieliśmy do zrobienia jeszcze jeden ważny krok – wizyta w studiu i nagranie materiału na pierwszą EPkę. Tam wszystko poszło naprawdę dobrze i nic nie zwiastowało tego co miało przyjść później.

Zaczęliśmy koncertować z wielką energią i zapałem. Pierwszy, drugi, trzeci koncert. Bardzo słabo z kasą, kiepska frekwencja, problemy techniczne. Ale przecież zagramy z takim samym zaangażowaniem dla 50 i 3 osób. Kolejne koncerty, dalej to samo, raz na kilka koncertów trochę lepsza frekwencja albo mniej problemów technicznych, ale ogólnie wszystko wygląda dalece od naszych oczekiwań. Może za dużo chcieliśmy, za wiele sobie obiecywaliśmy? Niby graliśmy tak samo, ale frustracja narastała. Zaczęły się problemy poza koncertami, przenosiliśmy, całkiem niepotrzebnie, niepowodzenia w muzyce na relacje między sobą. Grało nam się coraz ciężej. W końcu zapadła decyzja, że ograniczymy póki co koncerty, będziemy grać tylko tam, gdzie jest szansa na dobre warunki techniczne i/lub stosunkowo wysoką frekwencję.

Z perspektywy czasu stwierdzam, że naszym największym błędem było to, że nie rozwiązaliśmy problemów między sobą w tym momencie. W jednym z filmów dokumentalnych o zespole Queen Freddie Mercury mówi o kryzysie w zespole, że “problemem było to, że z czasem konstruktywna krytyka przerodziła się w krytykę personalną”. Mam wrażenie, że z nami było podobnie. Kryzys się pogłębiał, graliśmy coraz mniej, coraz ciężej było się spotkać, żeby zagrać próbę. Po praktycznie każdym koncercie wychodziły kolejne kwasy, mieliśmy do siebie nawzajem pretensje o nietrafione dźwięki, kiksy, zapomniane fragmenty tekstu. W końcu stanęło nam przed oczami widmo nawet całkowitego rozpadu zespołu. Jak to, nasz zespół miałby się rozpaść? Przecież tyle w to włożyliśmy, przecież tak bardzo kochamy grać! To był ten moment – spotkanie, wyciągnięcie wszystkiego co w nas siedziało i miesiąc na decyzję co dalej. I wiesz co? Nie wierzyłem w to, że da się to jeszcze odratować, ale wyciągnięcie brudów podziałało. Znowu nam się chce. Znowu gramy z taką energią i zaangażowaniem, co wcześniej.

A co wydarzy się dalej? Zobaczymy. Ale wiemy jedno – nie poddamy się 🙂

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *